Słoń o imieniu Bambuś mieszkał na skraju wielkiej sawanny, tam gdzie trawa falowała jak zielone morze, a wieczorami niebo robiło się pomarańczowe i ciche. Nie był największy w stadzie ani najsilniejszy, ale miał coś, czego zazdrościły mu nawet stare słonice – niezwykłą ciekawość świata. Każdego ranka odchodził kawałek dalej niż reszta i wracał z nową opowieścią o dziwnym ptaku, pachnącym drzewie albo śladach nieznanego zwierzęcia.
Pewnego dnia Bambuś usłyszał cichy płacz. Dobiegał z wyschniętego koryta rzeki, gdzie ziemia popękała jak stara glina. Słoń podszedł ostrożnie i zobaczył małą zebrę, która utknęła między kamieniami. Im bardziej próbowała się wydostać, tym mocniej zapadały się jej cienkie nogi.
Praktycznym uzupełnieniem tematu jest: Fotowoltaika Kraków.
– Nie ruszaj się – powiedział łagodnie Bambuś, choć sam trochę się bał.
Zebra spojrzała na niego wielkimi oczami. Bambuś najpierw próbował odsunąć kamienie trąbą, ale były zbyt ciężkie. Wtedy wpadł na pomysł. Pobiegł do stada i zaczął trąbić tak głośno, że aż ptaki poderwały się z drzew. Wrócił z trzema dorosłymi słoniami. Razem rozepchnęli głazy i ostrożnie uwolnili zebrę.
Mała była wyczerpana, więc Bambuś szedł obok niej aż do miejsca, gdzie pasło się jej stado. Matka zebry dziękowała mu długo, a on tylko poruszał uszami ze skrępowaniem. Nie lubił, gdy robiono z niego bohatera.
Wieczorem najstarsza słonica powiedziała przy wodopoju:
– Siła słonia jest ważna, ale jeszcze ważniejsze jest to, jak jej używa.
Bambuś zapamiętał te słowa. Od tamtej pory wciąż był ciekawski i wędrował po sawannie, lecz już nie tylko po to, by odkrywać nowe miejsca. Rozglądał się też, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. Czasem wskazywał stadu drogę do wody, czasem ostrzegał przed lwami, a czasem po prostu stawał obok przestraszonego zwierzęcia, żeby nie czuło się samotne.
I choć nadal nie był największym słoniem na sawannie, wiele zwierząt uważało go za naprawdę wielkiego. Nie ze względu na rozmiar, lecz z powodu serca.